Kontynuując serię wpisów o kobiecym autyzmie, chciałbym ponownie oddać głos mojej siostrze, Oli, która opisze jak w jej przypadku wyglądał proces “poznawania” reguł społecznych i nauka maskowania.
Przypisy i wytłuszczenia moje (jakoś nie umiem się powstrzymać od dodania paru informacji i emfazy gdzie uważam że jej potrzeba 😉 ).
Słowem wstępu
Hmmm, wiem, że nie byłabym oryginalna zaczynając od słów „od zawsze wiedziałam, że coś jest ze mną nie tak” bo tak zaczyna się zdecydowana większość autystycznych wypowiedzi,1 🙂 więc zacznę tak:
Od moich najwcześniejszych wspomnień czuję, że jestem inna, ba, że moje postrzeganie świata jest inne i w związku z tym coś ze mną jest nie tak. 😀 Jako człowiek, czyli zwierzę wybitnie stadne od zawsze chciałam stać się częścią stada, ale nie tylko tego, które określamy mianem najbliższej rodziny. Odkąd pamiętam, zawsze ciągnęło mnie do ludzi. Jak już wspomniałam w jednym z wpisów na tym blogu,2 w swoim życiu byłam częścią wielu różnych grup, które wcześniej czy później odpuszczałam ja lub odpuszczały mnie.
Obserwacja i nauka
Jako dziecko, a potem nastolatka z dużą dozą czystej ciekawości przypatrywałam się ludziom wokół mnie. Wszystkim i wszędzie. Kobietom w sklepach, nauczycielom i nauczycielkom, ojcom koleżanek czy innym mężczyznom napotkanym choćby w sklepie. Często obserwując ich w trakcie interakcji z innym człowiekiem zadawałam sobie pytanie “Dlaczego oni to robią / mówią” lub potem “Jak doszło do tego, że jakaś sytuacja potoczyła się w tą lub tamtą stronę”.
Często też, będąc sama w pokoju, odgrywałam scenki. Godzinami gadałam sama do siebie rozwijając niezliczone scenariusze jednej sytuacji i dociekając do jakich skutków prowadzi jakie zachowanie (bądź jakie słowa) i dlaczego. Dziś wiem, że robiąc to wszystko uczyłam się naśladować ludzi znajdujących się wokół mnie.3 Badałam ich słowa i gesty, zapamiętując je i ich efekty. Ale jak się dość szybko okazało, analizowałam tylko mały skrawek całości, bo tylko to, co ROZUMIAŁAM. Dlaczego?
Bo zawsze wszystko rozumiałam DOSŁOWNIE.
Próby naśladowania
Przysłuchując się rozmowom nie trudno mi było odtworzyć je w domu i poddać analizie. Schody zaczęły się, gdy odkryłam całą „ogromną szarą strefę” metafor, sarkazmu, niedopowiedzeń i dwuznaczności… W tym przypadku nie mogąc pojąć ciągu przyczynowo skutkowego i nadążyć za „akcją” po prostu musiałam zacząć zadawać pytania, by w ogóle wiedzieć co się w danej chwili dzieje. Niezrozumienie sytuacji, błędne ich interpretacje i moje nieadekwatne reakcje, a także „głupie” pytania sprawiały, że stawałam się pośmiewiskiem i nawet te „lubiące” mnie osoby z czasem odsuwały się ode mnie, uważając mnie za „głupiego dziwoląga”.
Gdy do tego obrazu dodamy sztandarowy dla autystyków brak umiejętności podtrzymywania więzi z ludźmi to skutek mamy jeden – całkowite zerwanie kontaktów ze starą ekipą, by spróbować się odnaleźć w kolejnej grupie ludzi. A tu wszystko się powtarzało – początkowo, mocno się pilnując, odtwarzałam tylko te zachowania i sformułowania, które wg wcześniejszych obserwacji były pozytywnie odbierane. Ale gdy już poczułam się zaakceptowana i na światło dzienne wychodziło moje prawdziwe ja – np. mruk, który nie śmieje się z żartów sytuacyjnych, bo ich nie pojmuje, jednocześnie chichoczący gdy inni milczą – bo ich coś obraża lub po prostu nie śmieszy – to moje wszystkie zalety znikały, a wady stawały się nie do zaakceptowania i kończyło się na kolejnym odrzuceniu i zakończeniu wszelkich kontaktów.
Oczekiwania i wzorce
Jak już Radek z Martą pisali, dziewczynki od małego są „programowane” – co im wypada, a co nie. Czego, od nich jako kobiet, oczekuje się teraz i w życiu dorosłym – np. pomocy w sumie wszystkim, a zwłaszcza dzieciom i osobom starszym, dbania o czystość i porządek w domu i wokół niego. Życzliwego podejścia do każdego i uśmiechu na twarzy, by ludzie wokół wiedzieli, że można na tobie polegać. Nie inaczej było w moim przypadku, mi też wpajano reguły i wzorce zachowań.
Z jednymi jest mi jak najbardziej po drodze – uwielbiam na przykład mieć porządek wokół siebie i ogromną satysfakcję sprawiają mi telefony od męża czy dzieci z pytaniami gdzie co jest. Bez pudła bowiem, będąc z dala od domu, naprowadzam ich na poszukiwaną przez nich rzecz. Lubię też kultywować niektóre tradycje, które sprawiają mi radość (święta Bożego Narodzenia)4 nawet jeśli nieco je zmieniam i dostosowuję do naszej neuroróżnorodnej rodziny. Tradycją u mnie jest też np. zmiana co sezon firan/zasłon i bibelotów nadających w moim odczuciu domowi charakteru: z wiosennych kwiatków i kurczaczków na letnie akcenty, potem zmiana na barwy i dodatki jesienne i w końcu zimowe i świąteczne.
Niedopasowanie
Jednak są też tematy, z którymi nie do końca potrafiłam się utożsamić, bo dość szybko okazało się, że ludzie wcale nie chcą by im pomagano (nawet gdy używają sformułowań o tym świadczących).5 Próby rozwiązywania cudzych problemów, gdy inni tylko chcą się wygadać nauczyły mnie by nie podejmować tych wysiłków, no chyba, że po uzyskaniu odpowiedzi twierdzącej na jasno postawione pytanie czy oczekują ode mnie pomocy. Podobnie z pracami manualnymi, nie wszyscy chcą by im pomagano w codziennych czynnościach, bo to sprawia, że czują się jeszcze starsi czy mniej wartościowi.
Nie do przeskoczenia dla mnie było też ciągłe uśmiechanie się i bycie życzliwym dla wszystkich. Nie potrafiłam pogodzić się z marnowaniem plasterków na nie zdarte kolana, choć przedszkolanki, z którymi pracowałam tłumaczyły mi, że to dla świętego spokoju ich i dzieci, które czują się wtedy zaopiekowane. Do dziś (mimo, iż sama niezaprzeczalnie jestem kobietą i matką) nie potrafię przytulić obcego dziecka, nawet jeśli wiem, że inne kobiety tak właśnie by się zachowały.
Jeśli chodzi o dorosłych to w przypadku jednych ludzi życzliwość przychodzi mi naturalnie, ale zdecydowanie więcej jest takich, w stosunku do których odruchy moje były odwrotne. Chyba właśnie dlatego – niejako z przekory lub by dalej się uczyć moje życie zawodowe związałam z obsługą klienta. Szybko odkryłam, że w pracy też wystarczy kopiować zachowania czy zdania koleżanek i kolegów by osiągać pozytywne efekty. Rozmowy kwalifikacyjne? Pikuś – kolejna lista rzeczy, które trzeba powiedzieć, wystarczy się nauczyć. 😉 Niby prościzna wystarczy ctrl+c, crtl+v i gotowe.

Ciąg dalszy w kolejnym wpisie.
- Tak, potwierdzam – to jest powtarzający się motyw w wypowiedziach autystyków – bo autystycy od dziecka mają to poczucie że są inni, że nie pasują, chociaż jeśli nie są zdiagnozowani to nie wiedzą skąd ono się bierze. Córka Oli – czyli moja siostrzenica – już też ma taką świadomość “bycia inną”, a ma dopiero 9 lat (i jest w trakcie procesu diagnostycznego). ↩︎
- https://autyzmbezcenzury.pl/2024/07/31/czy-warto-sie-diagnozowac-inne-perspektywy-1/ w drugiej części wpisu ↩︎
- Takie naśladowanie jest częścią maskowania. ↩︎
- Nie to co my, dwa Grinche 😉 ↩︎
- To jest jeden z powszechnie występujących problemów w komunikacji między autystykami a osobami neurotypowymi. Pisałem o tym trochę we wpisie https://autyzmbezcenzury.pl/2024/03/31/problemy-komunikacyjne-czesc-2/ w punkcie ”4) komunikacja problemu” ↩︎
