Autystyczny burnout w praktyce

Dzisiejszy wpis będzie ponownie o autystycznym burnoucie.

Napisała go w większości moja siostra, która natrafiła na inną definicję “burnoutu” niż ta którą ja znam, i ta definicja dużo bardziej odpowiada temu co ona doświadczyła. Natomiast dla mnie ten temat jest o tyle nowy że mój burnout nie zawiera zjawiska “regresu”.
“Oddaję głos” siostrze:

Burnout

Radkowy opis burnout-u czytałam już dość dawno i to co przede wszystkim zapamiętałam, to to, że jest to większy shutdown. Czyli w mojej głowie “nic z czym nie można sobie poradzić”… Dopiero niedawno, czytając inne opracowanie – napisane przez psychologa – dotarło do mnie, że autystyczne wypalenie (autistic burnout) dopadło i mnie. Niby te opisy są podobne, bo opisują dokładnie to samo, ale tak naprawdę to dobór słów użytych w opracowaniu pani psycholog sprawił, że w jej opisie zobaczyłam siebie i swoją ostatnią codzienność. 

Przyczyny

W swoim życiu, jak chyba wszyscy, często zmagałam się z różnymi wyzwaniami zarówno w pracy jak i w domu. Robiłam bardzo dużo różnych rzeczy, których, jak myślałam, oczekują ode mnie inni, jednocześnie zupełnie negując i odrzucając własne potrzeby. Nie miałam czasu by dbać o siebie, bo zawsze było coś innego na tapecie. Mój mózg był tak zaprogramowany, że (jak często się śmiałam) nawet moje plany miały plany. Zawsze byłam przygotowana na wszystko, dosłownie. Swoje plany dostosowywałam nawet do poszczególnych osób i tak np. obiad czy deser weselny uwzględniał alergie zaproszonych gości zamiast jak wielokrotnie słyszałam po prostu je zignorować i zaplanować coś tylko pod siebie. Większość prac domowych też wykonywałam sama, bo wtedy miałam pewność, że:

  • po pierwsze, zostanie zrobione
  • po drugie, będzie zrobione tak jak chcę. 

Moja mama i babcia mówiły mi nie raz, że za dużo biorę na siebie, ale ja i tak nie umiałam odpuścić. Nie chciałam:

  • stracić kontroli, 
  • czuć się zagubiona, bo ktoś czegoś nie dopilnował, 
  • w końcu nie chciałam zawieść ludzi wokół, bo sądziłam, że autentycznie oczekują ode mnie bym zajmowała się wszystkim sama. 

Do tego wszystkiego każdego dnia dokładałam maskowanie. Sztuczne uśmiechy, zmuszanie się do kontaktu wzrokowego i gadki szmatki z koleżankami z pracy i jednocześnie ukrywanie prawdziwego zdania na przeróżne tematy, bo mój punkt widzenia był tak logiczny, a rozwiązania problemów na tyle “drastyczne”, że bardzo niepopularne. Stimowania oduczyłam się już w szkole podstawowej przez co chyba trudniej mi się wyregulować jak już emocje zaczynają brać górę.

Tak bardzo się starałam, że pewnego dnia doszłam do ściany. 

Dosłownie. 

Przebieg

U mnie zaczęło się od mgły mózgowej i “tracenia umiejętności”. Siedząc w pracy przed zadaniem, które wykonywałam niezliczoną ilość razy, nagle łapałam się na myśli, że zupełnie nie wiem co mam robić. Z czasem dołączyło poczucie wstydu, że muszę prosić o pomoc w prostych sprawach i beznadziei, gdy byłam jedyną osobą, która mogła sobie pomóc, bo nikt inny nie posiadał tego wycinka mojej wiedzy czy konkretnych umiejętności. Potem doszły nieprzespane noce i ciągłe zmęczenie. Gdy zaczęłam się nad tym zastanawiać i szukać informacji wyszło mi “wypalenie zawodowe” i wynikająca z niego depresja. Miałam wszystkie symptomy łącznie z tym, że płakałam musząc stawić się w pracy każdego kolejnego dnia. Aż w pewnym momencie powiedziałam dość. Poszłam do “specjalisty”, ten oczywiście zbył moje słowa o mojej neuroróżnorodności, bo nie mam oficjalnej diagnozy, zdiagnozował trudności adaptacyjne, wypisał receptę i dał zwolnienie na 3 tygodnie. Gdy opuszczałam gabinet żegnał mnie słowami, że teraz tylko muszę się wziąć w garść, powychodzić trochę do ludzi, znaleźć inną pracę i wszystko wróci do normy. 

Niestety nie wróciło. Mimo antydepresantów, które faktycznie pozwoliły mi na przesypianie nocy, nie czułam się lepiej. Bo moje “wypalenie zawodowe”, ta utrata umiejętności i mgła mózgowa przeniosły się na życie prywatne. Spotykanie ludzi było wręcz bolesne, bo wciąż wystawiało mnie na bodźce, których tak naprawdę powinnam i chciałam za wszelką cenę uniknąć. Często też łapałam się na myślach, że zadanie które mam wykonać zdecydowanie przekracza moje umiejętności. Nie wiem czy przedstawiony zaraz obraz w pełnej krasie przedstawi to z czym się zmagałam, ale może choć częściowo pokaże jak to może wyglądać…

Regres

Z mojego punktu widzenia doznałam przepotężnego REGRESU i to właśnie to słowo uderzyło mnie w opracowaniu psychologa. Każdego dnia rano czułam się jak 3 letnie dziecko postawione w roli dorosłego. Takie dziecko, które samo siebie nie potrafi ogarnąć, np. wybrać sobie ciuchów, a musi przygotować i zawieźć inne dziecko do szkoły, pojechać na zakupy, zrobić obiad, ogarnąć psa i dom. Zakupy z kartką to u mnie norma, ale już improwizacja – co zrobić na obiad i skomponowanie składników (wcześniej rzecz niezbyt skomplikowana 😉) teraz stała się wręcz niemożliwa. Uwierzcie lub nie, ale nie byłam w stanie przypomnieć sobie przepisu na potrawy, które przygotowywane były przeze mnie od lat. Wyciągnięcie czegokolwiek z pamięci wydawało mi się niemożliwe. W domu natomiast stojąc przy kuchni przepisy czytałam po jednym kroku, bo nie byłam w stanie zapamiętać ich więcej. To było tak wszechogarniające uczucie pustki w głowie, że aż przerażające. Wielokrotnie wypłakiwałam sobie oczy czując beznadzieję sytuacji, w której się znalazłam i nie mogąc znaleźć sposobu na jej pokonanie.

Dochodzenie do siebie

Czas gdy byłam sama w domu spędzałam w całkowitej ciszy, początkowo zdolna tylko leżeć na łóżku. Nawet czytanie, które uwielbiam wydawało się ponad siły. Ogród, moja ostoja i miejsce, które zawsze kojarzyło mi się z bezkresnym spokojem i szczęściem, nagle przerażał mnie ilością pracy, którą trzeba w nim wykonać. Dziś wiem, że było tej pracy na może jedną godzinę czyli tyle co nic. Nie byłam nawet świadoma tego, że mój mąż przejął na siebie wszystko co mógł, by dać mi przestrzeń, której potrzebowałam by dojść do siebie. Gdy po pewnym czasie (chyba 2 miesiącach) zdałam sobie z tego sprawę, zaczęłam pisać sobie karteczki aby jakoś się zaktywizować. Notowałam co czuję, że mogę samodzielnie ogarnąć i na kiedy – tworzyłam najzwyklejszy planer, który kiedyś miałam na stałe w głowie. Próbowałam i nadal próbuję wrócić do stanu sprzed wypalenia, ale czuję, że jeszcze daleko mi do tego. Kiedyś planowałam wiele rzeczy o różnych stopniach trudności, na wiele dni do przodu – dziś mogę się skupić tylko na kilku rzeczach, na maksymalnie dwóch dniach. A i tu, nawet jeśli początek idzie mi dobrze, w końcu trafiam na ścianę i zdarza się, że nie umiem/nie wiem jak coś skończyć… 

Z pracy odeszłam. W pierwszych miesiącach każde ogłoszenie o pracę “analizowałam” wg mojej nowej świadomości i wciąż wychodziło mi, że do niczego się nie nadaję, bo przecież nic nie pamiętam = nic nie umiem. O rzeczywistym powrocie do pracy zaczęłam myśleć po ok. 4 m-cach “odpoczynku”. Dopiero po takim czasie zaczęłam wyobrażać sobie siebie na różnych stanowiskach pracy, stopniowo wracała wiedza i wspomnienia umiejętności, które w danej pracy są kluczowe. W chwili gdy to piszę zbliża się ku końcowi szósty miesiąc od kiedy nie pracuję zawodowo i jeszcze teraz zdarzają się dni, gdy zamiast walczyć o pracę wolę zaszyć się w domu z książką, by uniknąć odpowiadania na oczekiwania innych osób niż tylko najbliższych. 

Mgła mózgowa i utrata podstawowych umiejętności z czasem zniknęły, znowu bez zastanowienia umiem zrobić naleśniki 😁 ale moje emocje są nadal niestabilne i na myśl o całym maskowaniu czy wykonywaniu poleceń wciąż coś we mnie się buntuje. 

Komentarz Radka

Prawda jest taka że ja niezbyt odnotowałem że Ola ma taki głęboki problem. Zauważyłem że na parę miesięcy kontakt między nami stał się dość sporadyczny, a podczas nielicznych spotkań widziałem że jest przytłoczona narastającymi problemami w pracy, a potem widziałem ulgę że zakończyła pracę i wręcz “wylewające się” z niej emocje z tym związane. Ale jakoś umknęła mi skala problemu. Dopiero czytając jej wpis dotarło do mnie z pełną mocą z czym się mierzyła przez ostatnie miesiące. A o “regresie” dowiedziałem się dopiero teraz.

Tak jak napisałem wcześniej, temat “regresu” jest dla mnie zupełną nowością. Ja go nie doświadczam. Mój burnout to jest przytłaczający brak siły i chęci na cokolwiek,1 to są narastające problemy sensoryczne (zwłaszcza światło i zapachy), przez co najchętniej siedzę w półmroku i prawie nic nie jem. Trochę znam zjawisko mgły umysłowej, pewnego poziomu problemów ze skupieniem – ale nie tracę umiejętności. Dalej jestem w stanie funkcjonować w pracy,2 dalej robię to co muszę, chociaż po pracy zamykam się w “ciemni”. 

Porównanie mojego doświadczenia z doświadczeniem mojej siostry pokazuje jak bardzo może się różnić to jak doświadczamy niby tego samego zjawiska – burnoutu.

Wypalenie zawodowe a autystyczny burnout

Jeszcze jedna istotna sprawa w tym temacie.

Ciężko jest postawić jasną granicę między objawami zwykłego wypalenia zawodowego a autystycznym burnoutem. Te objawy są podobne, nachodzą na siebie, w wielu przypadkach są wręcz identyczne. To podobieństwo wydaje się nawet oczywiste, bo bazowe zjawisko jest to samo – przeciążenie układu nerwowego zbyt długim wystawieniem na zbyt silne bodźce. 

Różnice pojawiają się w trzech kategoriach. 

Pierwszą z nich są przyczyny. Dla osób neurotypowych przyczynami wypalenia są przeważnie długotrwały stres, nadmiar obowiązków, brak poczucia wpływu na to, co się robi. U autystyków te same przyczyny są wzmacniane przez szereg dodatkowych czynników:

  • ciągłe napięcie wynikające z maskowania, analizowania, dostosowywania się,
  • stres wynikający z konfliktów z innymi, które zdarzają się nam częściej niż innym,
  • do tego nierzadko jeszcze problemy sensoryczne

Drugą istotną różnicą jest “głębokość problemu”. Najbardziej widać to po tym że osobom neurotypowym wystarczy urlop, zmiana środowiska lub pracy i wychodzą z tego, a autystykom regeneracja potrafi zająć długie miesiące. Dlaczego? Bo autystyczny burnout sam się napędza. Jesteśmy tak bardzo, tak głęboko przeciążeni, że potem każde bodźce, nawet te “normalne”, “codzienne” pogłębiają ten stan. Na przykład – ja mam lekką nadwrażliwość na światło. Na codzień jest to tylko trochę uciążliwe, chyba że słońce bardzo mocno świeci. Ale podczas burnoutu – nawet mała lampka jest problemem, po prostu to światło fizycznie boli – i dokłada się do problemu. Ciężko się zregenerować jak w zasadzie wszystko co się robi może pogłębiać problem…

A trzecią różnicą jest metoda wychodzenia z tego. W zasadzie wszystkie metody “radzenia sobie z wypaleniem zawodowym” w przypadku autystycznego burnoutu są typowym przysłowiowym “strzałem w kolano”, który tylko pogorszy sytuację. Tu nie wystarczy “zwykły urlop”, z kolei “wyjście do ludzi” (które doradził lekarz mojej siostrze) to wręcz coś czego trzeba unikać jak ognia, a “zajmowanie się rzeczami które nas relaksują” rzadko kiedy pomaga, bo mogą nas też przeciążać.
A co pomaga? Głównie chyba ograniczenie funkcjonowania do niezbędnego minimum

  1. A już zwłaszcza na kontakty z ludźmi. Mój burnout przeważnie powoduje że ograniczam kontakty (wszystkie te które mogę) prawie do zera, na parę miesięcy. ↩︎
  2. Zawodowo, chociaż wymaga to większego wysiłku niż normalnie. Bo społecznie to nie. ↩︎