Druga, bardziej osobista część wpisu o nauce w szkole.
Mój indywidualny przypadek
Ten wpis będzie bazował na moich przeżyciach i doświadczeniach i w żadnym przypadku nie może być traktowany jak schemat “wszyscy autystycy tak mają”. Wręcz przeciwnie, nasze doświadczenia różnią się znacznie, w zależności od indywidualnych predyspozycji do nauki i umiejętności “radzenia sobie”.
Zupełnie pominę w tym wpisie studia – bo studia są na tyle kierunkowe, więc problem przedmiotów “poza polem zainteresowań” jest na tyle mały że sądzę że spokojnie mogę go pominąć.
Mój “kolczasty profil”
Czy ja byłem dobrym, zdolnym uczniem? Jedyna prawdziwa odpowiedź musi zaczynać się od słów “to zależy…”. 😉
Jeśli popatrzeć całościowo na moje oceny na koniec roku z całej podstawówki i szkoły średniej, wyłoni się obraz przeciętnego ucznia, ze średnią prawie zawsze niedużo poniżej 4. Na pierwszy rzut oka nie ma się czym chwalić ani czego wstydzić. Nie powtarzałem żadnej klasy, i mam tylko dwie oceny mierne na wszystkich świadectwach łącznie z maturą (obie z języków obcych).
Dopiero w ogólniaku widać też pewne predyspozycje w moich ocenach – z czego byłem słaby a z czego dobry. Dlaczego więc uważam że mam kolczasty profil?
To proste. Bo znam temat “z drugiej strony”, wiem to czego oceny nie pokazują.
Dlaczego “nie uczyłem się matematyki”?
Przedmioty ścisłe to jest ta część mojego profilu w której mam “kolec” w górę. Wysoko w górę.
Pytanie zadane w nagłówku trzeba potraktować bardzo dosłownie. Ja faktycznie nie uczyłem się matematyki, przez całą podstawówkę i prawie wcale w szkole średniej. Informatyki tak samo.1 I niewiele więcej uczyłem się fizyki i chemii. Dla mnie te przedmioty były oczywiste i intuicyjne. Dopiero na studiach matematyka weszła na tyle zaawansowany poziom że musiałem faktycznie zacząć się jej “uczyć”.
Do tego w podstawówce miałem ciekawą umiejętność – umiałem dodawać i mnożyć w pamięci spore liczby, chwaliłem się że “ja szybciej policzę w pamięci niż inni wyjmą kalkulator z plecaka”.2
Tak szczerze mówiąc to nigdy nie mogłem zrozumieć, z czym dokładnie inni mogą mieć problemy z przedmiotami ścisłymi. I to moje niezrozumienie było potęgowane przez fakt że gdy udzielałem korepetycji z matematyki i fizyki (głównie w ogólniaku) to wszystkim osobom mówiącym że “tego nie da się zrozumieć” wytłumaczyłem temat tak że były w stanie go zrozumieć i bez problemu zaliczyć.
Myślę że to moje niezrozumienie “czego można nie rozumieć w matematyce lub fizyce, przecież wystarczy się sekundę zastanowić” można dokładnie porównać z odwrotną sytuacją, kiedy mi mówiono “przecież to jest proste, nie starasz się, leniwy jesteś”. To jest dokładnie to samo niezrozumienie innej osoby i jej realiów. Tak, dzisiaj rozumiem że moje stwierdzenia tego typu “przecież to proste” mogły być odbierane jako arogancja. Tak samo moje chwalenie się szybkością liczenia w pamięci. Dzisiaj wiem że mogło to być odbierane jako wyśmiewanie się z cudzych problemów. Nie robiłem tego żeby celowo kogoś “gnębić”, nie miałem pojęcia jak to może być odebrane (jak to autystyk), nie wiedziałem że to nie jest OK, dla mnie to były proste stwierdzenia faktów.
Ale wobec mnie stosowano analogiczne stwierdzenia, tylko w innych dziedzinach. Jakoś dla wszystkich było “oczywiste że to z matematyki można mieć problemy” i jest to “akceptowalne”, a jak się ma problemy z języków to znaczy że “coś jest z tobą nie tak”… I jakoś w tą stronę nikt nie przejmował się jak ja to odbiorę. Myślę że te obie strony tego medalu ładnie ilustrują problem podwójnej empatii.
Moje oceny z przedmiotów ścisłych
Poruszając temat przedmiotów ścisłych i swoich uzdolnień w tej kwestii, muszę jednak wspomnieć o kilku niuansach z tym związanych. Otóż, mimo intuicyjnego zrozumienia przedmiotów ścisłych, moje oceny nie były jednak samymi piątkami, zwłaszcza w podstawówce. Składały się na to dwa czynniki.
Pierwszym było to że nie zawsze umiałem się dogadać z nauczycielami. W podstawówce mam wrażenie że fizyczka po prostu mnie nie lubiła. Jakoś cały czas coś jej nie pasowało, dostałem od niej sporo uwag do dzienniczka za to że “nie uważam na lekcji” itp. (najprawdopodobniej związanych z rozpraszaniem się które opisywałem w poprzednich wpisach).
Drugim było to że skoro nie musiałem poświęcać na to wysiłku a i tak miałem relatywnie dobre oceny to … nie poświęcałem go prawie wcale. Dosłownie prawie wcale. W ogólniaku na przykład legalnie wolno było nie mieć odrobionej pracy domowej z matematyki i fizyki (tak pozwalały nauczycielki, pod warunkiem że na zawołanie umiało się rozwiązać te zadania na tablicy). No więc, skoro wolno, to nie robiłem prac domowych, bo i po co? Nauczycielki szybko zauważyły że biorąc mnie do odpowiedzi i tak będę umiał rozwiązać zadanie, więc nawet już nie pytały. Przeważnie nie uczyłem się też nawet na sprawdziany, liczyłem na to że dostanę od kogoś gotowe ściągi w zamian za to że temu komuś rozwiążę zadania.3 4
Miało to swoje minusy, bo sądzę że mógłbym mieć same piątki a jednak przez to nie uczenie się zdarzały mi się potknięcia. Tylko że przeważnie to nie było “lenistwo”, to był smutny, ale świadomy wybór… Wracałem ze szkoły wydrenowany z energii i rozpaczliwie potrzebowałem odpocząć. Nie miałem siły jeszcze potem przesiedzieć całego popołudnia nad zeszytami i książkami. Więc wolałem poświęcać ten czas (który byłem w stanie wygospodarować) przedmiotom które były dla mnie trudne i z których groziło mi nie zdanie do następnej klasy… Po prostu nie miałem siły zajmować się wszystkim na 100%, więc traktowałem przedmioty ścisłe jako “wytchnienie”. Dopiero w drugiej połowie ogólniaka trochę poważniej zabrałem się za temat jak się dowiedziałem że oceny z matematyki i fizyki będą brane pod uwagę podczas rekrutacji na studia.
Czy dzisiaj bym podjął inne decyzje o naciskach na przedmioty? Wątpię. Nie byłem w stanie zakuwać całymi popołudniami, bo nie miałem na to energii po dniu w szkole. Musiałem z czegoś zrezygnować. Mając określone zasoby podjąłem określone decyzje. Jako że zaliczyłem wszystkie przedmioty, nie powtarzałem klasy itp. to uważam że to była SŁUSZNA decyzja.
Druga strona medalu
Moimi “kolcami w dół” były trzy dziedziny:
- języki (polski i obce),
- przedmioty wymagające sprawności manualnej i ruchowej (technika, plastyka, WF),
- tematy sensoryczne i zaburzenia uwagi, które opisywałem w ostatnich kilku wpisach (wpływające na wszystkie przedmioty).
Moimi największymi nemezis były trzy przedmioty mające słowo „język” w nazwie (język polski, język angielski, język niemiecki).
Język polski
Moim głównym problemem z tym przedmiotem jest to że wcale nie uczą na nim języka polskiego, tylko uczą literatury. Moje interpretacje wierszy i literatury niezbyt się podobały nauczycielom. Pytanie „co autor miał na myśli” i wynikające z tego domyślanie się sensu, nie wynikającego wprost ze słów, było dla mnie zawsze bardzo trudne – umykał mi cały ten “ukryty przekaz między wierszami. Trochę to było frustrujące jak widziałem na lekcji że inni czytają ten sam wiersz w tym samym czasie co ja i w miarę od razu umieją odpowiedzieć o czym on jest, a ja nie mam pojęcia… Jedyne co mi jako tako wychodziło to “syntezowanie” moich odpowiedzi z tego co mówili inni, jeśli nie byłem pierwszym wyrwanym do odpowiedzi.
Ale najgorzej było w podstawówce. Uczyła mnie polonistka, która moim zdaniem nigdy nie powinna być dopuszczona do nauczania kogokolwiek. Ile razy ja od niej słyszałem “przecież to oczywiste, co ty głupi jesteś?” albo “tacy jak ty to tylko do łopaty i rowy kopać”… Do tego krzyki i czepianie się wszystkiego itp. Wiele razy wychodziłem z tej lekcji czując się wręcz poniżony. A przecież się starałem, do tego stopnia że udawało mi się “wyciągać” ten polski na “4” przez całą podstawówkę…
Języki obce
Nie mam zdolności do języków.5 Ja i po polsku często nie wiem co mam powiedzieć, a co dopiero w obcym języku… Tzw. “aktywacja językowa” w angielskim u mnie dokonała się dopiero parę lat temu, czyli po prawie 30 latach od początku nauki tego języka… Do tego często się “zatykałem” (mutyzm wybiórczy), czyli nie mogłem przypomnieć sobie jakiegoś słowa i przez to nie umiałem z siebie wydusić niczego czasem nawet parę minut.
Ale miałem też spore nieporozumienia np. z anglistką w ogólniaku. Otóż wg niej ja nie umiałem gramatyki. Podczas gdy gramatyka to była jedyna relatywnie prosta sprawa dla mnie – krótka lista reguł do zastosowania. Tylko że jej “sprawdziany z gramatyki” polegały na zadaniach typu „przetłumacz to zdanie na angielski w odpowiednim czasie”. Na nic się nie zdawały moje tłumaczenia że często nie mogę sobie przypomnieć słowa (zdarza mi się to nawet w języku polskim!) i mimo że doskonale wiem jaki czas mam użyć, ale jeśli nie pamiętam czasownika to go nie odmienię… Dostawałem dziesiątki dodatkowych ćwiczeń z gramatyki tygodniowo – 10~15 dodatkowych ćwiczeń co lekcję (ponad to co cała klasa miała zadane), 2x w tygodniu. Kosztowało mnie to dodatkowe 2~3 godziny tygodniowo, ale robiłem te zadania bez problemu (mogąc się posiłkować słownikiem w domu gdy zapominałem słów), co z kolei było komentowane przez nauczycielkę że „ktoś mi pomaga robić te zadania”. Zupełny brak porozumienia…
A ja nawet byłem zainteresowany poznaniem angielskiego, bo z uwagi na zainteresowania (informatyka) potrzebowałem tego języka prawie codziennie. W efekcie moje umiejętności znacznie się “rozjechały”, umiałem doskonale czytać i rozumieć tekst po angielsku, a nie umiałem rozumieć ze słuchu, mówić ani pisać.6
Mimo wszelkich starań zdarzyło mi się być parę razy zagrożonym nie zdaniem do następnej klasy z języka angielskiego i niemieckiego. No i na maturze ustnej z angielskiego się “zatkałem” przez co skończyłem z oceną mierną… A plotka głosiła że w ogóle anglistka chciała mnie oblać, ale podobno wybroniła mnie wicedyrektorka, która była też w komisji wcześniej jak zdałem maturę ustną z matematyki na 5 i uznała że nie ma po co mi blokować drogi na studia. Nie wiem ile było prawdy w tej plotce, ale brzmi realistycznie.
Plastyka, technika, WF
Mój problem z tymi przedmiotami polegał na zaburzeniach motoryki, małej i dużej, i ogólnej „niezgrabności ruchowej” (dyspraksji). We wszystkich trzech przypadkach moje oceny były bardzo niskie.
Technika, mimo że ją lubiłem, szła mi bardzo słabo, moja słaba koordynacja ruchowa znacznie mi utrudniała zarówno ćwiczenie pisma technicznego, jak i pracę jakimikolwiek narzędziami.
Plastyka podobnie – narysowanie czegokolwiek co nie wygląda jak karykatura do dzisiaj jest dla mnie niemożliwe, chyba że są to figury geometryczne które mogę rysować za pomocą linijki, ołówka i cyrkla.
Trochę powiązany z tym jest temat że “piszę jak kura pazurem” co się też nie podobało wielu nauczycielom, i co mi też utrudniało życie, bo dostawałem uwagi ustne i do dzienniczka że “mógłbym w końcu się nauczyć czytelnie pisać” albo że “niestarannie prowadzę notatki”.
WF – bardzo było widać że odstaję od grupy, ale to już trochę opisywałem więc nie będę powtarzać.
Podsumowanie
Nauka w szkole nie była dla mnie przyjemnym ani nawet neutralnym przeżyciem. Waham się czy użyć słowa że była “złym” przeżyciem, ale na pewno mogę powiedzieć że była “drenująca”. I na pewno znacznie przyczyniła się do mojego poczucia “bycia innym”.
Na pewno wiem że dopiero spojrzenie z perspektywy diagnozy spektrum autyzmu pozwoliło mi do końca zrozumieć co tak naprawdę się działo, zrozumieć te wszystkie zjawiska. Ale “zrozumieć” nie znaczy “zgadzać się na to”. To nie było “w porządku”.
- Jako że to było moje “autystyczne specjalne zainteresowanie” od 11-tego roku życia to zarówno w podstawówce i w szkole średniej górowałem wiedzą nad nauczycielami informatyki, którzy w tamtych czasach byli “przekwalifikowanymi” nauczycielami techniki. ↩︎
- Nie mam pojęcia dlaczego, ale utraciłem tą umiejętność. Dzisiaj już tak szybko nie potrafię. ↩︎
- Ja wiem jak to brzmi. “Byłem tak dobry że … korzystałem ze ściąg ze wzorami.” Ale taka prawda, zerknięcie na wzory było wszystkim co mi było potrzebne do tego żeby rozwiązywać zadania, dlatego “uczenie się” było dla mnie “opcją”. ↩︎
- Ciekawa anegdota z ogólniaka (tu z kolei fizyczka mnie chyba nawet lubiła i uważała że powinienem iść na studia na fizykę). No i ta fizyczka chyba zauważyła że ja na sprawdzianach biorę wzory od kolegi Daniela, i na którymś sprawdzianie kazała mi się przesiąść za swoje biurko ze słowami ”Ty się Radek tu przesiądź bo zanim ja skończę zadania dyktować to ty już rozwiążesz zadania swoje i Danielowi a potem z nudów chyba rozwiązujesz zadania innym”. No i na tym sprawdzianie musiałem sobie poradzić inaczej, musiałem wyprowadzić sobie wzory z tego co pamiętałem… 😉 A na paru późniejszych sprawdzianach jak szkoła miała problemy lokalowe z uwagi na remont wręcz byłem zwalniany ze sprawdzianu z automatyczną oceną 5. ↩︎
- Przynajmniej tych „ludzkich”, bo w językach programowania poruszam się bardzo swobodnie. ↩︎
- Dzisiaj umiem czytać, pisać i rozmawiać, i tylko mam problem czasem ze zrozumieniem ze słuchu (ale to niezależnie od języka, nawet w polskim czasem mi się zdarza), dlatego np. zawsze oglądam filmy z napisami. ↩︎
